Moje IKE: Pierwsza inwestycja ETF-y, a nie akcje spółek?
Inwestowanie

Moje IKE: Pierwsza inwestycja ETF-y, a nie akcje spółek?

26 września 2025 roku. Siedzę przed ekranem, konto IKE świeżo otwarte, pieniądze przelane, kursor nad przyciskiem „Kup”. Żadnego drżenia rąk, żadnego dramatu. Zaczęło się od wiedzy - książek oraz bloga Mateusza Samołyka, którego serdecznie pozdrawiam. Przytaczam dwie pozycje, które dosyć skutecznie wybiły mi z głowy wszelkie emocje związane z inwestowaniem: „Inteligentny inwestor” Benjamina Grahama oraz „Globalny kryzys finansowy XXI wieku” Wioletty Nawrot. Jedna jest tym, do czego chcę dążyć, a druga historią - dlaczego chcę dążyć w ten sposób. Wiedziałem dokładnie, co kupuję i dlaczego.

Mógłbym wrzucić wszystko w jedną spółkę. Wielu tak robi - szukają „drugiego Amazona”, kupują to, co akurat leci do góry na Twitterze, albo ślepo powtarzają za kolegą z pracy, który „zarobił stówę na krypto w weekend”. Ja, z przyczyn, które zaraz wyjaśnię, poszedłem w kompletnie odwrotnym kierunku. Moje pierwsze dwa zakupy to CSPX i XD9U - dwa fundusze ETF, które razem dały mi kawałek ponad 600 amerykańskich firm. Brzmi jak najnudniejsza inwestycja w historii? Bo nią jest. I właśnie o to chodziło.

Książka z 1949 roku, która poukładała mi w głowie

Przeczytałem „Inteligentnego inwestora” Benjamina Grahama i ta wiedza na początek wystarczyła. Tak, książka ma ponad 75 lat. Tak, dalej jest aktualna. I tak, Warren Buffett (słyszałeś o nim, prawda?) nazywa ją najlepszą pozycją o inwestowaniu, jaka kiedykolwiek powstała.

Ciekawostka: sam Buffett swoje pierwsze wielkie pieniądze zarobił wbrew regułom mistrza - w 1951 roku wrzucił 65% majątku w jedną spółkę, GEICO, która szczęśliwie dla niego wypaliła. Ba, nawet Graham złamał własne zasady i włożył w GEICO 25% kapitału, gdy żadna inna pozycja nie przekraczała u niego 5%. Zarobił na niej więcej niż na wszystkich pozostałych inwestycjach razem wziętych.

Główna teza książki jest brutalnie prosta: większość ludzi nie potrafi konsekwentnie pobijać rynku. Ani amatorzy, ani profesjonaliści. Nikt. A skoro nikt nie potrafi, to po co się starać? Może... może, wystarczy kupić cały rynek?

Graham dzieli inwestorów na dwa typy: defensywnych i przedsiębiorczych. Defensywny kupuje szeroki koszyk akcji, minimalizuje koszty i idzie na spacer. Przedsiębiorczy spędza dziesiątki godzin tygodniowo na analizie spółek, szukając tych niedowartościowanych. Obie drogi mogą działać. Problem w tym, że ta druga wymaga dyscypliny, czasu i odporności na emocje - czyli dokładnie tego, czego uważam, że mi brakuje.

Po lekturze mój wewnętrzny dialog wyglądał mniej więcej tak: „OK, skoro ludzie z zespołami analityków, milionowymi budżetami i dekadami doświadczenia przegrywają z indeksem... to może zamiast szukać igły w stogu siana, powinienem po prostu kupić cały stóg?”. I dokładnie to zrobiłem.

Pobierz grafikę aby zobaczyć

Dlaczego ETF-y, a nie „ta super spółka”?

Bo nie jestem wystarczająco mądry, żeby wybrać zwycięzców. Serio. I nie mówię tego z fałszywą skromnością - mówię to po przeczytaniu statystyk, które powinny być obowiązkową lekturą dla każdego, kto myśli o graniu w giełdowego stock-pickera.

Według raportów SPIVA, w perspektywie 15-letniej ponad 90% aktywnie zarządzanych funduszy przegrywa ze swoim indeksem benchmarkowym. Dziewięćdziesiąt procent. To nie są geniusze z forum WallStreetBets - to profesjonaliści, którzy robią to na pełen etat. I mimo to przegrywają. Więc jakie są szanse, że ja - z moją wiedzą z YouTube i książek - będę lepszy? Dokładnie takie, jak myślisz... pięćdziesiąt na pięćdziesiąt - albo będę, albo nie, niemniej nie liczę na to.

Pierwsze, od czego zacząłem swoją analizę, to przemyślenie proporcji - w jakim stosunku i w co zamierzam inwestować. Stanęło na 60% portfela w ETF-y, co jest dość konserwatywne jak na kogoś, kto do emerytury ma jeszcze ponad 30 lat. Może się to zmienić, ale przy tak nagrzanym rynku, jaki mamy teraz, jest to poziom ryzyka, który jestem w stanie zaakceptować, zwłaszcza, że na tym etapie całkowicie rezygnuję z obligacji, co również jest świadomym ryzykiem.

Na starcie mojej przygody z IKE miałem entuzjazm i jedno solidne przekonanie: skoro stawiam pierwszy krok, to ma być bezpieczny. Kupienie ETF-a to w pewnym sensie przyznanie się: „nie wiem, która spółka wystrzeli, więc kupuję wszystkie”. I paradoksalnie - historycznie to jest jedna z najskuteczniejszych strategii, jakie istnieją.

CSPX - fundament, od którego wszystko się zaczęło

Mój pierwszy zakup to CSPX - akumulujący ETF na S&P 500 od BlackRock. O szczegółach pisałem w osobnym artykule, więc nie będę się powtarzał. W skrócie: jedna transakcja, 500 największych amerykańskich firm w kieszeni, 0,07% kosztów rocznie. Jedyna emocja, jaką przy tym zakupie poczułem, to lekkie rozczarowanie, że nie było bardziej dramatycznie. Żadnych fanfar, żadnego konfetti. Kupno spółek ma w sobie coś z hazardu - jest przy tym trochę emocji. W przypadku ETF-u tego nie czuję, niemniej no, tak ma być. Na hazard przyjdzie też czas - poszukamy swojego GEICO.

Dlaczego akurat S&P 500? Bo to najbardziej przebadany, najbardziej płynny i - przyznaję otwarcie - najbardziej „nudny” indeks na świecie. Sam Graham rekomendował szerokie indeksy rynkowe jako najsensowniejszy wybór dla defensywnego inwestora. Od 1949 roku niewiele się w tej kwestii zmieniło. Zmieniły się za to narzędzia - dziś zamiast dzwonić do brokera, klikam przycisk na ekranie telefonu.

XD9U - bo 500 spółek to za mało (tak, serio)

Tego samego dnia kupiłem również XD9U - ETF na indeks MSCI USA od Xtrackers. Wiem, co myślisz: „Przecież oba to amerykańskie akcje. Po co dwa?”. Słuszne pytanie.

S&P 500 to 500 największych spółek, wybranych przez komitet ludzi w garniturach, który wymaga m.in. rentowności. MSCI USA to około 600 firm dobieranych algorytmicznie, bez wymogu zyskowności. Efekt? MSCI USA łapie też firmy z segmentu mid cap - te, które rosną jak szalone, ale nie dorobiły się jeszcze zaproszenia do elitarnego klubu S&P 500. Dzisiejsza Nvidia 10 lat temu była właśnie taką firmą.

Chciałem mieć tę dodatkową siatkę, szansę na perełki, których - patrząc tylko na dużych graczy – mogę nie znaleźć. XD9U dawał mi ciut szersze spojrzenie na rynek USA niż sam S&P 500 i to mi wystarczyło jako argument. Przy cenie jednostki znacznie niższej niż CSPX mogłem też lepiej rozłożyć wpłaty. Szczegóły funduszu opisałem w osobnym artykule.

Dlaczego oba na raz? I dlaczego tylko USA?

Wiem, że gdzieś w tle ktoś pyta: „A co z Europą? Azją? Rynkami wschodzącymi?”. Dobra uwaga. Ale w ramach pierwszych zakupów świadomie chciałem się skupić na rynku amerykańskim. USA odpowiada za ponad 60% światowej kapitalizacji giełdowej. Amerykańskie firmy technologiczne napędzają globalną gospodarkę w sposób, który trudno zignorować, nawet jeśli bardzo się starasz.

Na dywersyfikację geograficzną przyjdzie czas. Ale fundamenty chciałem postawić na najbardziej sprawdzonym gruncie. CSPX to rdzeń portfela, XD9U to jego lekkie poszerzenie. Razem: ponad 600 spółek, dwa kliknięcia, koszty zarządzania, które są mniejsze niż cena kawy miesięcznie. Mógłbym godzinami analizować, optymalizować i szukać „lepszego” zestawu - albo po prostu zacząć. Wybrałem to drugie.

„Nudne” to nie znaczy „złe”

Często słyszę argument, że ETF-y to „dla tych, którzy się nie znają” albo „nie chcą się uczyć”. Uważam, że jest dokładnie na odwrót. Wybór ETF-a to wynik uczenia się - zrozumienia, jak bardzo koszty zarządzania potrafią zjeść wynik na długim dystansie i jak mało kontroli nad rynkiem ma przeciętny człowiek (czyli ja, i prawdopodobnie Ty).

Graham pisał coś, co utkwiło mi w głowie: „prawdziwym ryzykiem nie jest zmienność cen, lecz możliwość trwałej utraty kapitału”. Indeks może spaść o 30% w złym roku. Historycznie to się zdarzało i zdarzy się znowu. Ale nigdy nie zbankrutował. Pojedyncza spółka? O tak. I to nie raz. Wystarczy zapytać posiadaczy akcji Lehman Brothers albo Wirecard. Tego właśnie nauczyła mnie ta druga książka o globalnym kryzysie z 2008 roku, bo jak mawiał George Santayana - ci, którzy nie znają historii, są skazani na jej powtórkę.

Nie oznacza to, że nigdy nie kupię pojedynczych akcji - mam to w planach. Ale ETF-y są fundamentem. Takim, który pracuje nawet wtedy, gdy ja oglądam Netflixa zamiast czytać raporty kwartalne. A uwierz mi, to drugie zdarza się zdecydowanie częściej.

Co mi dał ten pierwszy dzień?

26 września 2025 roku nie zarobiłem miliona. Nie znalazłem spółki dekady (a może właśnie znalazłem ich kilka?). Nie zrobiłem absolutnie nic, co ktokolwiek nazwałby ekscytującym. Kupiłem dwa fundusze indeksowe i poszedłem zająć się swoimi sprawami.

Ale ten dzień zmienił jedną fundamentalną rzecz: przestałem być gościem, który „kiedyś zacznie inwestować”, i stałem się gościem, który inwestuje. Ten przeskok - z wiecznego planisty w uczestnika - był najważniejszy. Reszta to już tylko klikanie - nie trzeba być analitykiem giełdowym, żeby móc realnie zarabiać na rynku.

Aktualny stan obu pozycji - ile kupiłem, po ile i jak to wygląda dziś - możesz sprawdzić w zakładce Moje IKE.

Komentarze